Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 października 2015

Przestać szukać miłości na siłę !!!

To jest postanowienie, którego próbuje dotrzymywać już od dłuższego czasu,ale mi się nie udaję :(. Zdaję sobie sprawę z tego jakie to głupie i bezsensowne, ale nie mogę nic poradzić na to uczucie,że coś ważnego mi umyka. Że coś tracę, jakieś cenne doświadczenie. Dobra jestem jeszcze młoda,ale nie jedna osoba w moim wieku może powiedzieć,że albo była, albo jest w poważnym związku. Zwrot "poważny związek" wcale nie znaczy dla mnie to samo co "ten na całe życie", tylko ktoś kogo się kocha i kto kocha ciebie. Aby poczuć, dowiedzieć się co to za uczucie. Wiem,że pewnie brzmię na zdesperowaną,ale w sumie piszę to tylko po to,żeby się wygadać, w formie terapii ;). Przeważnie mi to pomaga, co prawda tylko na jakiś czas,ale dobre i to. Nie wiem czy to dzisiaj mam taki dzień i już. Bo mam wyjątkowego doła. Aleogólnie to mój problem polega na tym,że cały czas myślę o związku i poznaniu chłopaka i to naprawdę nie jest zależne ode mnie. Staram się przestać,ale nie potrafię. Grr...to jest takie głupie, wręcz idiotyczne, ale moja głupia podświadomość najwyraźniej nie ma zamiaru mnie słuchać. Mam na myśli to,że gdziekolwiek bym nie poszła to jedna z pierwszych myśli która pojawia się w mojej głowie to to czy kogoś poznam? Czy to nie jest kretyńskie? Owszem, znam odpowiedź. Ale prawdę mówiąc to chciałabym poznać odpowiedź na pytanie"jak przestać?". Ni chce myśleć o tym,że może znajdę kogoś w szkole lub na zaj.teatralnych albo nie wiem na dyskotece, gdziekolwiek. To jest coś co nie daję mi spokoju. Czasami naprawdę myślę,że jestem jakaś wybrakowana, pechowa lub,że nie zasłużyłam na przeżycie takiego uczucia jak miłość. A może sęk w tym,że i tak bym się zawiodła? Czytając książki, oglądając seriale ciągle napotykam się na miłość i to nie byle jaką. Wiem o tym, lub przynajmniej wydaję mi się,że wiem iż to w prawdziwym życiu nie wygląda w ten sposób i wcale nie jest tak kolorowo, a przynajmniej nie przez cały czas,ale mimo wszystko chciałabym tego doświadczyć. Od jakiegoś czasu marzę o tym,aby poznać kogoś z kim będę się poznawać stopniowo i zakochiwać stopniowo, ja w Nim, a On we mnie, potem razem zamieszkamy i ogólnie będziemy razem dojrzewać,zmieniać się razem itd. Nie chciałabym sytuacji w której jestem w takim wieku,że pasuje już wychodzić za mąż i zakładać rodzinę. Mam wrażenie,że stoję w miejscu i nie potrafię ruszyć na przód. Nigdy w życiu nie byłam zakochana ( tak naprawdę z wzajemnością) i nie mówię już nawet o tym,że wszystkie moje przyjaciółki są w szczęśliwych związkach bo to przecież nie o to chodzi. Nie chcę z Nimi w żaden sposób rywalizować,ani z nikim innym również. Chce iść swoim tempem,ale faktycznie iść. To jest w sumie chyba pierwszy raz,kiedy żaden dosłownie żaden chłopak mi się nie podoba, ani w szkole ani nigdzie indziej. Cieszy mnie to, bo bez sensu jest się w kimś podkochiwać z odległości bez wzajemności,gdy obiekt twoich westchnień ledwie wie o twoim istnieniu. Z resztą staram się,aby taki stan rzeczy pozostał,gdyż zauważyłam,że tak już u mnie jest,że gdy zaczynam za dużo myśleć o jakimś chłopaku to nagle mnie TO dopada, a potem już nie ma zmiłuj. Wzdycham do najczęściej jakiegoś kompletnego kretyna ( i nie mówię tak o nich ze względu na to,że nie odwzajemnili moich uczuć, ale ze względu na to,że poważnie było z Nimi coś nie tak,lecz wtedy ja tego nie widziałam), który ledwo zwraca na mnie uwagę. Dlatego teraz staram się stopować tego typu niepotrzebne myśli. Jak na razie z powodzeniem ;). Wszyscy ciągle powtarzają,że miłość cie znajdzie,gdy przestaniesz jej szukać. Dlatego też ja chcę przestać,ale na serio przestać,a nie tylko tak sobie wmawiać, jak dotychczas.Próbuję,więc myśleć o sobie i robić wszystko dla siebie. Ciągle czymś się zajmować,ale jak tak dalej pójdzie to znienawidzę wszystkich romansów z jakimi mam do czynienia w literaturze ze względu na swoją sytuację (pomimo tego,że serio je uwielbiam).
Myślę,że jakiś związek może mieć z tym to,że ostatnio wszystko się sypie. Mam 5 kolokwium w tym tygodniu,a nie mogę się skupić na nauce, w sumie to na dosłownie niczym nie mogę się skupić, tak jakby wszystko mnie nudzi i mnie dołuje. Jeśli chodzi o to co do tej pory było pewną trwałą w moim życiu też się sypię. Zawsze wiedziałam,że utrzymywanie przyjaźni na całe życie nie należy do prostych rzeczy,ale do tej pory się udawało, pomimo tego,że byłyśmy w różnych szkołach,miałyśmy nowych znajomych i nowe zajęcia,ale teraz jest gorzej niż kiedykolwiek. Zaczynam się zastanawiać czy tak naprawdę my kiedykolwiek na serio się przyjaźniłyśmy? A może tylko to sobie wmawiałyśmy, bo tak było wygodnie? Wiem,że każda z Nas ma swoje życie, swojego chłopaka, szkołę,zajęcia, szkołę,nowych znajomych itd. tak jak i ja,ale do tej pory udawało Nam się być ponad to,a teraz jest jakoś tak dziwnie. Zastanawiam się,czy tylko ja to odczuwam,że nasze stosunki się ochłodziły i jest jakoś tak sztywno. Czy wszystkie zmieniłyśmy się tak bardzo,że nie dostrzegamy niczego po za czubkiem własnego nosa ? W takim sytuacjach nigdy nie miałam oporów by po prostu zadzwonić lub napisać i to naprawić,ale teraz, sama nie wiem czy to jest dobry pomysł, czy One tego chcą? A może lepiej byłoby odpuścić, nie trzymać się siebie na siłę? Tylko,że ja z 2 strony już wolę żebyśmy :trzymały się na siłę" pod warunkiem,że nie jestem jedyną osobą,która tak myśli. A mam nadzieję,że nie jestem. Nie wiem czy którakolwiek z Nich to przeczyta,ale jeśli tak to odpowiedzcie na moje pytanie. Szczerze, czy chcecie abyśmy dalej trzymały się razem,paczką,przyjaźniły się,czy nie? Sama zadałabym Wam to pytanie wprost,ale jakoś tak mi głupio i w sumie sama nie wiem czemu.
Natomiast jeśli chodzi o zaj, teatr. to muszę przyznać,że jest zupełnie inaczej niż wydawało mi się na początku. Znowu odnoszę wrażenie,że jestem jakaś felerna " czarna owca", która o dziwo ciągle jest spięta ( pomimo,że wydaję mi się,że tak nie jest), która nie potrafi okazywać tak prawdziwie emocji, oddychać przeponą itd. Zaczynam się zastanawiać,czy teatr faktycznie jest dla mnie? Może to może być tylko coś w rodzaju rozrywki,ale to chyba jednak nie jest moje miejsce. Staram się jak mogę,a i tak mi nie wychodzi o wkurzam się z tego powodu,że tylko ja jestem upominana,że ciągle robię coś źle. Mam tego dość. Jak jakaś głupia i naiwna miałam w sobie na tyle pychy iż myślałam,że będę jedna z najlepszych,a może,że nawet będę najlepsza, haha ,że będę jakąś cholerną "gwiazdą", która poradzi sobie zarówno z tremą, jak i wszystkimi innymi przeszkodami. Pewnie to dlatego dostałam nauczkę.
Przepraszam,że dzisiaj cała notka jest taka depresyjna,ale jakoś tak mnie naszło ;).

środa, 29 lipca 2015

Podobno nadzieja umiera ostatnia :/

Cześć już po tytule można się zorientować,że post nie będzie pozytywny :(. Pamiętacie jak od jakiegoś czasu pisałam o tym,że mój brat ma zamiar mi złożyć komputer i że dzięki temu będzie działał bez problemu? Otóż owszem złożył go, ale co z tego jeżeli nie działa? Tak bardzo cieszyła mnie myśl,że będę mogła normalnie korzystać z komputera. Z takiego "prawdziwego" komputera,że tak go nazwę. Z takiego, który nie będzie wolno chodził, ani zacinał filmów. A okazało się,że zacina bardziej niż mój laptop, oczywiście zanim tamten się nagrzeje. Okazało się,że mój "nowy" komputer zacina nawet youtube, a to już jest kompletna tragedia, bo nie mam nawet możliwości posłuchania muzyki. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego,że Młody chciał dobrze, starał się jak tylko mógł, próbował mi pomóc, a ja jeszcze głupia mam do Niego pretensje o to,że Mu się nie udało. Nic nie poradzę na to,że niepotrzebnie daj mi nadzieje i miałam złudzenia,że znowu wszystko będzie w porządku. Chciał dobrze,a wyszło jak zwykle ;(. W sumie to nawet nie wiadomo dlaczego on nie działa, bo jeszcze parę lat temu działał, a praktycznie nic nie zostało w nim wymienione, a jak już zostało, to na lepsze części i dalej nic. Jeśli chodzi o topika (laptopa, tak jakoś go nazywam) to wygląda na to,że nagrzewa się z winy nie działającego wiatraczka. W sumie to jest jedyne rozsądne wytłumaczenie, skoro działa prawidłowo, dopóki się nie nagrzeje. Wiem,że w kółko macieja gadam o tym samym, za pewne Was to nudzi ;), ale naprawdę mi na tym zależy, a już zwłaszcza w wakacje, gdyż nie mam co robić i po prostu się nudzę. Jeżeli to by coś na serio dało (a oby tak) to wymieniłabym ten wiatraczek, co prawda to kosztuje ok 150zł, ale to mniej niż 500 za tablet.
Jeśli zaś chodzi o M, to na jutro jesteśmy umówieni do zoo, teoretycznie mogę powiedzieć,że obydwoje zaczynamy się coraz bardziej przed sobą otwierać jakkolwiek to brzmi. Dam Wam znać ja było ;).